Z protezą na lotnisku

Anna Omielan, stypendystka Renault Handisport Team
Brak nogi nigdy nie był dla mnie przeszkodą w podróżowaniu, bez względu na środek lokomocji. Gdybym miała sporządzić ranking moich ulubionych środków transportu latem, to na pierwszym miejscu byłby rower.

Lekarze twierdzili, że z protezą raczej nie powinnam jeździć na rowerze, ale ja uważam, że ograniczenia są przede wszystkim w naszych głowach. Okazało się, że jest to nie tylko możliwe, ale także bardzo przyjemne. Oczywiście nic nie zastąpi samochodu i poczucia niezależności jaki daje. W aucie moja proteza również świetnie się sprawdza. Na kolejnych miejscach rankingu byłyby autobusy i pociągi, które kojarzą mi się z miłą lekturą, bo ten rodzaj podróżowania mniej angażuje i pozwala na czytanie książek.

Zdecydowanie na ostatnim miejscu rankingu są samoloty oraz promy i statki. Porty lotnicze zwykle oznaczają bardzo dużo chodzenia, co ciężko znoszę. Jednak najbardziej nieprzyjemnym punktem są dla mnie bramki kontrolne, bo tam jestem często proszona o zdjęcie protezy. To dosyć niezręczne i zawstydzające. Wyobraźcie sobie protezę na taśmie między torbami. Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Mnie raczej zbiera się na łzy. Rozumiem, że tak trzeba, bo pewnie nie raz ktoś próbował coś nielegalnie przewieźć w protezie, ale to mnie nie pociesza. No i na końcu dochodzimy do podróży wodnych i tutaj muszę uczynić pewne publiczne wyznanie – mam chorobę morską! Tak, jestem pływaczką, która pół swojego życia spędza w wodzie i mam chorobę morską. Taka ironia losu!
Trwa ładowanie komentarzy...